środa, 16 lipca 2014

Żegnaj Wielki Przyjacielu szachów i szachistów!

Z wielką przykrością muszę napisać o śmierci na początku lipca Maćka Brudzińskiego (1956-2014). Zastanawiałem się, od kiedy znałem słynnego brodacza z Warszawy, ale konkretnej daty wymyślić nie mogłem. Przypuszczam, że obcowaliśmy ze sobą całe moje życie szachowe, gdzieś tak od początku lat siedemdziesiątych. Spotykaliśmy się na turniejach. Gdy bywałem w Warszawie, często Go odwiedzałem. Mnóstwo czasu spędziliśmy na szachowych dyskusjach.
Nie będę tu opisywał jego kariery szachowej, bo wszyscy ją znają. Wspomnę o jego przygodzie z mutacją szachów, czyli klocu. W polskiej historii tej gry uczestniczyłem od samego początku. Któregoś roku (pewnie 1972-73) na turniej do Augustowa (starsi szachiści doskonale go pamiętają) przyjechali Niemcy z NRD i pod sosnami zaczęli w "to" grać po 2 złote!? Myśmy patrzyli na te przestawianki i stójki nie wiedząc kompletnie o co chodzi.
Głównym orędownikiem tego "szaleństwa" stał się właśnie Maciek. Poznał dokładne zasady, które wyjaśniał wszystkim. Organizował turnieje a nawet próbował opracować teorię debiutów, co graniczyło z kompletnym absurdem.
Rok później w tym samym miejscu wydaliśmy Niemcom mecz, w którym zdeklasowaliśmy zachodnich sąsiadów. Pamiętam nawet pomysł powstania Polskiego Związku Kloca Sportowego. Kloc jako gra jest "mało pożyteczna" dla szachisty - praktyka, ale zabawą jest przednią i pomysł ze związkiem umarł śmiercią naturalną. Teraz tylko od czasu do czasu młodzież w to grywa.

Maciek był człowiekiem nieprawdopodobnie sympatycznym i komunikatywnym. Pewnie było to spowodowane też jego posturą. Młodzież lgnęła do niego niesamowicie. Takich zaangażowanych działaczy i trenerów już nie ma i nie będzie. Żegnaj Wielki Przyjacielu szachów i szachistów!